Czasem nie potrzebujesz rady. Potrzebujesz kogoś, kto powie Ci: „Będzie dobrze”.

Będzie dobrze

Czy pamiętasz taki moment w swoim życiu, kiedy wszystko w Tobie krzyczało, a na zewnątrz udawałaś, że dajesz radę? Kiedy myśli kłębiły się w głowie, ciało było pełne napięcia, serce zalewał smutek, strach albo złość, a Ty nie wiedziałaś już, co robić?

Kiedy tak bardzo pragnęłaś, żeby ktoś po prostu usiadł obok Ciebie, przytulił Cię i powiedział: „Będzie dobrze. Dasz radę. Nie jesteś z tym sama”.

Bez oceniania. Bez pouczania. Bez kolejnych rad, co powinnaś zmienić, zrobić czy poprawić. Po prostu był.

Dzisiaj wiem, jak wielką wartość ma taka obecność. Bo przez wiele lat sama jej pragnęłam. Kiedy patrzę na swoje życie z dzisiejszej perspektywy, uświadamiam sobie coś niezwykle ważnego. Przez całe życie tak bardzo chciałam, żeby ktoś powiedział mi właśnie to: „Będzie dobrze”.

Nie: „Musisz być silna”.
Nie: „Weź się w garść”.
Nie: „Nie przesadzaj”.
Nie: „Życie takie jest i musisz się z tym pogodzić”.

Tylko zwyczajne, wypowiedziane z miłością: „Będzie dobrze. Wierzę w Ciebie”.

I wiecie co? Nikt mi tego nie mówił. Wszyscy wokół woleli być ostrożni. „Nie wiadomo, jak będzie”. „Nie zapeszaj”. „Nie nastawiaj się, bo możesz się rozczarować”. „Lepiej przygotować się na najgorsze”.

A ja czułam, że właśnie te słowa odbierają mi spokój. Że zamiast dodawać mi siły, jeszcze bardziej karmią moje obawy. Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego tak trudno nam powiedzieć drugiemu człowiekowi coś dobrego. Dlaczego łatwiej przewidywać niepowodzenia, niż wspierać czyjąś nadzieję? Może dlatego, że sami dorastaliśmy w przekonaniu, że życie musi być trudne, że trzeba się martwić, przewidywać zagrożenia i nie cieszyć się zbyt wcześnie? Nawet nie zauważamy, jak te przekonania zaczynają kierować naszym myśleniem.

Skoro nikt nie potrafił dać mi tych słów, postanowiłam dać je sobie sama. Codziennie. Czasami przez łzy. Czasami z ogromnym strachem. Czasami wtedy, kiedy wszystko wokół wskazywało na coś zupełnie innego.

Powtarzałam: „Będzie dobrze. Poradzisz sobie. Znajdziesz rozwiązanie”.

Nie zawsze w to wierzyłam. Ale z czasem zaczęłam zauważać, że kiedy kieruję do siebie takie słowa, mój umysł staje się spokojniejszy. Przestaję koncentrować się wyłącznie na zagrożeniach i zaczynam dostrzegać możliwości. Zamiast pytać: „A co, jeśli się nie uda?”, coraz częściej pytam: „A co, jeśli właśnie tym razem wszystko potoczy się dobrze?”.

Moje nastawienie zaczęło się zmieniać. Powoli. Krok po kroku. A razem z nim zmieniało się moje spojrzenie na życie. Nie oznaczało to, że przestały pojawiać się trudności. Oznaczało to, że przestałam widzieć w każdej trudności zapowiedź kolejnego nieszczęścia.

„Tobie chyba odbiło. Życie tak nie wygląda!” – takie słowa też słyszałam. Kiedy zaczęłam świadomie zmieniać swoje przekonania, szukać dobra, dostrzegać możliwości i wierzyć, że życie może wyglądać inaczej, spotykałam się z niezrozumieniem. Ludzie mówili, że jestem naiwna. Że trzeba się martwić. Że nie można patrzeć na życie przez różowe okulary.

A ja coraz mocniej czułam, że nie chcę już żyć w nieustannym oczekiwaniu na coś złego. Nie chciałam oddawać swojego spokoju każdej czarnej myśli.

Zaczęłam rozumieć, że nasze przekonania wpływają na to, jak interpretujemy rzeczywistość, jakie decyzje podejmujemy i na co kierujemy swoją uwagę. Jeśli jestem przekonana, że ludzie zawsze mnie zawiodą, mogę nieświadomie zamykać się na bliskość. Jeśli wierzę, że nie zasługuję na szczęście, mogę nie pozwalać sobie przyjmować tego, co dobre.

A jeśli zaczynam dopuszczać myśl, że mogę być szczęśliwa, kochana, wspierana i bezpieczna – otwieram się na nowe doświadczenia. Nie zawsze możemy wybrać to, co nas spotka. Ale możemy uczyć się zmieniać sposób, w jaki na to odpowiadamy.

Przewijanie do góry